Thich Nhat Hanh o herbacie

imageedit_2_7728791192

Herbata jest aktem kompletnym w swojej prostocie.
Kiedy piję herbatę, nic innego się nie liczy.
Reszta świata zanika.
Nie ma zmartwień o przyszłość.
Nie ma grzebania w błędach przeszłości.

Herbata jest prosta: liście, czysta i gorąca woda, czarka.

Wdycham zapach, małe i delikatne cząstki herbaty dryfują ponad czarką.
Piję herbatę, esencja liści staje się częścią mnie.
Jestem napełniony herbatą, zmieniony.

To jest sztuka życia, trwająca ledwie chwilę, w tej jednej chwili prawda świata zostaje nagle zrozumiana: cała złożoność, ból, dramat życia to tylko pozory, wymyślone w naszych umysłach bez wyraźnej przyczyny.

Jesteśmy tylko ja i herbata, połączeni.

###

Zdjęcie pochodzi ze strony zishateapot.org

Herbata, luźne portki i Thich Nhat Hanh

imageedit_2_5035138595Kiedy słyszymy wzmiankę o medytacji, niekiedy przychodzi nam na myśl postać łysego mnicha w pomarańczowej szacie, wykrzywiającego nogi w pozycji pełnego lotosu, mruczącego pod nosem przeciągłe „ooooom”. Ewentualnie stoją nam przed oczami nieco dziwne osobistości w luźnych portkach – z rodzaju tych, co to przekonują, że jedzenie zwierząt jest moralnym złem, prawią banały o miłości i pokoju, a wolnych chwilach piją indyjskie ziółka i medytują.

Słowem – medytacja kojarzy nam się bardzo często z egzotyką maści wszelakiej.

Tymczasem medytacja wcale nie musi być egzotycznym wymysłem z kompletnie innego świata i kultury. Może być zupełnie zwyczajną rzeczą, do której nie trzeba się w nic przebierać, wymawiać dziwnych zgłosek, plątać nóg ucząc się pozycji lotosu, ani siedzieć na poduszce zafu. Ba, w ogóle nie trzeba siedzieć!

Można natomiast – co za niespodzianka! – napić się herbaty.

Czytaj dalej

A może wszystkie są perfekcyjne?

imageedit_2_5196066707Od czasu do czasu, lecz od razu przyznajmy: niezbyt często, hollywoodzkie superprodukcje mogą posłużyć nie tylko jako źródło łatwo przyswajalnej rozrywki, ale także – cennej inspiracji.

„Ostatni samuraj”, film z 2003 roku w reżyserii Edwarda Zwicka, nie jest raczej dziełem wybitnym, poza tym główną rolę gra tam wyjątkowo przeze mnie nielubiany Tom Cruise, ale bez wątpienia może się podobać. Sprawnie nakręcony, nieźle zagrany, muzyka ładnie współgra z obrazem – wszystko jest tam w punkt.

Jako że akcja filmu dzieje się w Japonii, pojawia się w „Ostatnim Samuraju” kilka herbacianych migawek, ale są one na tyle skromne, że niespecjalnie warto się nad nimi rozwodzić. Warto za to, tak sądzę, przypomnieć ładną sentencję Katsumoto, jednego z filmowych bohaterów (granego przez Kena Watanabe), który przez całe życie, bez powodzenia, szukał kwiatu o perfekcyjnym zapachu, by na łożu śmierci stwierdzić, że tak naprawdę każdy z tych kwiatów był perfekcyjny. Ładne, prawda? Może ciut coelhowskie, ale jednak ładne.

I bardzo łatwo można przecież odnieść te słowa do tego, co interesuje nas najbardziej – do herbaty.

Czytaj dalej

Herbata a snobizm

imageedit_2_6620845433

Znacie ten typ człowieka, prawda?

Typ „eksperta” z zadartym nosem, bufonowatego snoba, który to o danej dziedzinie wie, tak mu się przynajmniej wydaje, wszystko. Ba, więcej – odczuwa ogromną potrzebę podzielenia się tą swoją wiedzą z resztą społeczeństwa, myśląc najwyraźniej, że absolutnie każdego interesuje budowa najnowszego modelu kosiarki Stihla; że absolutnie każdy chce poznać wartości odżywcze komosy ryżowej; że absolutnie każdy chce wysłuchać wykładu o glinie z Yixing albo różnicach między oolongami nisko oksydowanymi a wysoko oksydowanymi.

Snobów oczywiście nie lubimy, ale… od czasu do czasu sami bywamy snobami. Posiadając podpartą czymkolwiek wiedzę na konkretny temat, w dodatku pasjonujący nas temat, niekiedy cholernie trudno powstrzymać dojmującą chęć zabłyśnięcia ową wiedzą.

Czasem używamy jej w sprawach jak najbardziej słusznych: kiedy w spokoju tłumaczymy, że nie – torebka Liptona wcale nie jest herbatą najwyższej jakości. Kiedy z zachowaniem spokoju wewnętrznego odpieramy słowne ataki i przekonujemy, że nie, rooibos nie jest herbatą, tak samo jak herbatami nie są rumianek, mięta ani pokrzywa. Że herbatą nie jest również, o zgrozo, yerba mate, a oolong – wbrew temu, co niespecjalnie rozgarnięta firma zamieściła na opakowaniu – w żadnym wypadku nie zaliczamy do herbat czerwonych.

Gorzej, kiedy ta nasza wiedza staje się pretekstem do wspomnianego snobizmu, i to w tej najgorszej odmianie. A jest to, trzeba przyznać, straszliwie kuszące.

Czytaj dalej

Herbata a uważność

imageedit_2_2016524162

„Mindfulness” – ten makaronizm coraz częściej i coraz chętniej pojawia się na łamach polskich mediów. Ostatnimi czasy można było usłyszeć o nim w audycjach radiowych i programach telewizyjnych, przeczytać w gazetach i internecie. Ale to przecież nie wszystko – „mindfulness” stało się tematem wykładów i prelekcji, ba, powstały nawet kursy, szkolenia, treningi, zwał jak zwał, poświęcone tejże koncepcji.

Słowem – „mindfulness” zrobiło się modne.

No właśnie: nie swojska uważność, tylko zapożyczone „mindfulness”. Być może ten anglicyzm dodaje szyku i światowości, nie wiem, wiem natomiast, że apologeci ruchu „mindfulness” (choć ich intencje są prawdopodobnie jak najbardziej słuszne) brzmią niekiedy, to po pierwsze, niebezpiecznie podobnie do tych, którzy jeszcze nie tak wcale dawno temu głosili różne newage’owe brednie, a po drugie – zbyt komplikują sprawę.

Wszak uważność, skądinąd bardzo potrzebna w codziennym życiu, to nie jest umiejętność nadto skomplikowana. Żeby nad nią popracować, z całą pewnością nie trzeba prowadzić sumiennych notatek na specjalnych wykładach ani wyjeżdżać na kilkutygodniowe kursy u boku „specjalistów”. Nie trzeba nawet wychodzić z domu. Wystarczy, to zdanie musiało się tu prędzej czy później pojawić, zaparzyć sobie czarkę herbaty.

Czytaj dalej

Herbata w Budapeszcie

imageedit_2_2372527539

Budapeszt to piękne miasto. Jedno z tych, które uwodzi natychmiastowo – wraz z pierwszym rzutem oka na tamtejszy parlament, pierwszymi krokami prowadzącymi na Górę Gellerta, pierwszym łykiem niedrogiego tokaja, pierwszym kęsem wypełnionej falafelami pity w sieciowym Hummus Barze czy pierwszymi nutami szlagierów muzyki poważnej i tryskającej w ich takt wody w fontannie na Wyspie Małgorzaty.

To miasto, w którym przy jednej z ulic w centrum znajdzie się kwiaciarenkę zapełnioną drzewkami bonzai, a nieco dalej – prowadzony przez prawdziwego pasjonata sklep z piwami pochodzącymi wyłącznie z Belgii. To miasto, w którym za kilka euro można posłuchać koncertów symfonicznych, a późnym wieczorem, grubo po 20, kupić zieleninę we wciąż otwartych warzywniakach.

To w końcu miasto, w którym przy jednej z najbardziej reprezentatywnych ulic, budapeszteńskim odpowiedniku sopockiego Monciaka, można napić się (albo kupić) wyśmienitej herbaty serwowanej w sposób, jaki herbaciane tygryski lubią najbardziej – w gongfu cha.

Czytaj dalej